Kojące palce Pani Flory

Tam gdzie kończę się ja a zaczyna środowisko zwane światem, tam jest miejsce spotkań i wymiany. Tam zachodzą procesy pobierania powietrza, wody i pokarmu. Tam wydalamy resztkowe substancje naszych wewnętrznych przemian. Tam staje się dla środowiska jasne w jakiej jesteśmy kondycji i czego od niego oczekujemy by dalej być jakąś znaczącą zmienną w tym wielkim równaniu życia.
Tam też, na styku nas i nie nas, na cieniutkich membranach ścianek komórkowych dzieje się najwięcej “magii” czyli procesów wspaniale i potężnie wręcz skomplikowanych.
Co ciekawe, tu właśnie zdaje się, obecnie, przebiegać granica naszej wiedzy naukowej: i o ciele, i o świecie, i o tym jaki tak naprawdę wpływ ma to środowisko na nas, poprzez ekspresję naszych genów.


Gałąź nauki (najbliższa chyba w sumie medycyny), która z fascynacją i ciekawością przygląda się kolosalnemu wpływowi środowiska na nasz stan homeostazy (czyli tzw zdrowia) nazywa się epigenetyką, a głównym jej założeniem jest odejście od determinizmu nałożonego na nas przez kolegów genetyków.
Żeby to Wam szybko i jasno zobrazować pozwólcie że wyobraźmy sobie małego Frania, lat powiedzmy siedem, i jego spotkanie z wujkiem genetykiem i ciocią epigenetyczką.

Franio: – Jak będzie wyglądać moje życie i kim będę kiedy dorosnę?
Wujek genetyk: – Franiu, przyjrzałem się twoim genom i nie wygląda to niestety dobrze. Po jednym dziadku dostałeś gen łysiny, po drugim masz obciążenie genu uzależnień, po babci Tosi będziesz niski a po mojej świętej pamięci mamie dostałeś w genospadku prezent bardzo kiepskich zębów, no i niestety gen Alzheimera. Ale nie przejmuj się tym ostatnim za bardzo, bo wykryliśmy u ciebie również gen odpowiedzialny za pewien nowotwór, który najprawdopodobnie zabije Cie przed pięćdziesiątką, więc nie zdążysz zapomnieć którędy do domu i jak mają na imie Twoje dzieci.

Wujek kończy tu swoją przemowę i patrzy trochę zdziwiony jak mały Franiu spuszcza smutno główkę i wtula się w Ciocię Epigenetyczkę.
Ona kuca przy nim i patrzy mu w wilgotne od łez oczy.
– Franiu, mówi ze spokojem i czułością, widzę w Tobie dziecko, wielki potencjał, dostałeś od swoich przodków mnóstwo możliwości i to Ty sam, każdego dnia będziesz decydował które z nich i jak wykorzystasz. Będziesz żył z szacunkiem do tego potencjału a on pięknie ci się odwdzięczy: urośniesz taki, jak będziesz potrzebował, w środowisku i otoczeniu, które wybierzesz. Będziesz odżywiał się mądrze i Twoje ciało da Ci w zamian zdrowie i wydajność. Będziesz się uczyć i będziesz ciągle ciekawy nowych rzeczy i twój umysł, czyli też twój mózg, o który zadbasz śpiąc ile trzeba, odwdzięczy Ci się dobrym funkcjonowaniem. Będziesz medytować, malować i tańczyć, biegać po zielonych łąkach i spacerować po lasach, więc twoje życie nie będzie przepełnione lękiem. Zajmiesz się pracą, która da Ci satysfakcję i nie zje cię stres. Wiem, że spróbujesz otoczyć się dobrymi ludźmi i wiernymi przyjaciółmi zwierzęcymi, które będą z Tobą długo długo po twoich 60ch, 70ch czy nawet 80ych urodzinach.


Ciocia przytula Frania i obiecuje mu:
– Będziesz Franiu, wszystkim tym czym pięknie wyrażą się w tobie twoje mnogie geny z całym ich potencjałem, uwolnionym przez środowisko, które wybierzesz dla siebie. Mozesz zacząć już dziś, decydując z kim pójdziesz dalej na spacer. Idziesz ze mną do parku czy z Wójkiem na Mac’a?”
Czy coś mi się udało Wam rozjaśnić? Może poczuliście maleńką ulgę i odrobinę więcej kontroli nad swoim losem. Ja wiem, że nigdy nie czułam się zbyt komfortowo z determinizmem geneycznych wyroków. Żadna frajda całe życie czekać na raka piersi i demencję, zastanawiając się czy jak Angelina mam je sobie obciąć nim zapomnę. Ciekawe, co wybierze mały Franio? Czy będzie wolał z rezygnacją przyjąć swój los od Wójka i pocieszyć się cukrowym strzałem waniliowego shake”a w Mefisto, czy poczuje kontrolę i postanowi poszaleć z ciotką w parku. Może wyprowadzi się kiedyś do chatki w puszczy i zostanie zielarzem. Pozwoli by kojące palce pani Flory dotknęły membran jego komórek i wygasiły stany zapalne, nie dopuściły do rozwoju mutacji, odmłodzily mu telemery i dożyje nasz mały Franiu w wielkiej alertności i radości życia wieku lat stu jedynastu, kiedy to z czterdziestym kotem na kościstych kolanach odpłynie kiedyś po kawie z mniszka lekarskiego w niebyt astralny. Taki scenariusz ja bym dla niego wybrała. Ale to życie Frania i on sam musi zdecydować i to nie raz, nie dwa tylko codziennie i w każdej godzinie. A to jednak nie takie znowu łatwe.

Jak to się mogło wydarzyć że rozpisałam się o małym Franiu i epigenetyce?! Mialam Wam wszak dziś napisać o dwóch cudownych Zielarkach, z którymi spędziłam niedzielę. Najpierw z rana byliśmy z Piotrkiem na spacerze wokół pięknego jeziora z Dominiką, która opowiadała nam o gemmoterapii czyli leczniczym potencjale ukrytym w roślinnych pąkach, potem popędziłam do Żurawiego Młyna gdzie pod czujnym i czułym okiem Izabeli uczyłyśmy się z dziewczynami dziesięcioma szalonymi robić naturalne kosmetyki ziołowe.
Teraz bardzo mi się marzy aby obie te przemądre i super wykształcone kobiety mogły dołączyć do Wiedzodzielni naszej i podarować nam wszystkim trochę swojej grodzadzonej przez lata wiedzy o wpływie roślin na nasze życie i zdrowie. Nie chodzi nawet o to byśmy wszyscy nagle stali się zielarzami, bo może zabraknąć nam wtedy czasu na inne wspaniałe projekty, ale żebyśmy przynajmniej wiedzieli jaki tam potencjał drzemie na tym punkcie kontaktu między nami a nie nami, i że kojące palce Pani Flory są na wyciągnięcie dłoni. Trzeba tylko wiedzieć co czym smarujemy, co pijemy a z czego robimy nasiadówkę. A i jeszcze co wdychamy i w jakiej temperarurze i stężeniu!

To kto chce poznać kaszubkskie zielarki z Pomorza?

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *