Jechałam po pietruszkę

Zamieć potrafi zmieść ze świata zbędne kolory i uwydatnić formy.
Zatrzymałam się i wysiadłam z samochodu tuż za granicą lasu i pofalowanych pól. Wspiełam się i usiadłam na masce, skąd widok był lepszy a blacha nad silnikiem ciepła. Już po kilku minutach i ja i czołg zaczęliśmy wtapiać sìę w biel krajobrazu – tak gęsto sypał śnieg.
Cisza wypełniła mi uszy milionem miękkich sapnięć jego płatków. Zdjęłam czapkę, wystawiłam się twarzą w twarz z żywiołem.
Drzewo rosnące nad wyżłobem drogi wydało mi się w swej dumnej zimowej nagości piękniejsze niż w letniej sukience listowia. Była w jego prostej i gwieździstej formie jakaś doskonała prawda: o esencji jego drzewnej istoty, o kierunku wzrostu i ekspansji życia. Wielki i spokojny bezruch drzewa podkreślał ten szalony taniec śniegu i miękkość rolujących pagórków pól.
Nie mogłam się oderwać, nie mogłam ruszyć, nie mogłam nie być z nimi wszystkimi choćby jeszcze kilka chwil. Nasyciwszy i zmysły i serce, zsunęłam się po zaśnieżonej masce i strzepnąwszy mokrą biel z okrycia wróciłam za kierownicę. Potem jeszcze raz wysiadłam, żeby zrobić to zdjęcie – na pamiątkę chwili.


Rodzina, przyjaciele, znajomi starzy i ci nowi kaszubscy – prawie wszyscy zadają nam podobne pytanie; czy jesteśmy zadowoleni z przeprowadzki, czy dobrze nam się na tu Kaszubach żyje. Piotrek wspomina wtedy hamak nad jeziorem, ja zaś, nieodmiennie, drogę do sklepu w Lipuszu. Dziesięć minut jazdy przez las i polne pagórki do sklepu. Moją drogę przez i po codzienne zachwyty i chwile takie jak ta ze zdjęcia. A czy wrócę z pietruszką, po którą ruszyłam, czy z kształtem nagiej korony przydrożnego dębu wypalonej w źrenicach – jaka to różnica. Choć czasem uda się wszystko.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *