Wydra ze mnie wredna ;)

Jest środa 17 stycznia, godzina 9:50 ❄️
Po  bardzo mroźnej nocy (-17C) woda w Fiszewie jest jedwabista i aż gęsta. Nad powierzchnią lodu wieje wiatr ale w przeręblu panuje spokój. Zamykam oczy i oddaję się cała temu wyjątkowemu odczuciu zimna, które jest dla mnie trochę jak spokojne objęcie kogoś, komu ufam w pełni.
Wolę mróz od upału, bo jestem dzieckiem wschodu, dobrze otłuszczoną istotą gotową stawić czoła kontynentalnym jęzorom zimna. Najpiękniejszą podróż przeżyłam daleko za kołem podbiegunowym w zimowej Finlandii. Lubię gdy łzy wzruszenia zamarzają mi na rzęsach. Najpiękniej śpiewa dla mnie nie słowik lecz lód na jeziorze w mroźną i rozgwierzdżoną kaszubską noc.


Ale to wszystko nie zawsze było dla mnie oczywiste. Kiedyś mieszkałam w dużych miastach i zima jaką tam znałam nie była wcale fajna. Była mroczna, ponura i pozbawiona koloru. Często wydawała mi się brudna i uciążliwa. Pierwszych przebłysków, że może być inaczej doświadczyłam w Radachówce, gdzie w naszym domku działkowym nad Świdrem czasem udawało się nam spędzić Boże Narodzenie i Sylwestra. Te dni kiedy mogłam rano wybiec z psami wprost do zaśnierzonego lasu były rewelacją – że w zimie też można cieszyć się urodą świata. I to nie tylko w górach na nartach ale i na mazowieckiej równinie.
Najprawdopodobniej już wtedy pojawiła mi się w sercu tęsknota do życia bliżej przyrody i w większej z nią harmonii.

Dziś, jak w co drugi ranek, Piotr towarzyszy mi w rytuale chłodnego zanurzenia. Razem schodzimy nad jezioro i uzbrojeni w siekierę i szpadel otwieramy przerębel. Jest łatwiej bo wczoraj, w dzień piękny i słoneczny, usunęłam średniej grubości lód który wytworzył się przez poprzednią noc na moim podłużnym przeręblu i położyłam na wodzie kilka cienkich płatów styropianu. To sprytne posunięcie trochę osłabiło formację nowego grubego lodu. Ten po którym chodzimy teraz całkiem pewnie ma ok 12-15 centymetry zaś ten, który rąbiemy tylko 3-4.
Po około 10 minutach intensywnej pracy we dwoje (Piotr w puchówce ja w kostiumie kąpielowym) przerębel jest gotowy. Otoczona bielą śniegu woda wydaje się bardzo czarna, ale gdy stawiam stopę na ostatnim ośnierzonym kamieniu i zanurzam drugą w mokrym chłodzie widzę jednak jasny karmel piasku na dnie. Zauważam też wdzięcznie falujące zielone wodorosty i spody pałek uwięzionych w lodzie.
Zanurzenie nóg nie jest trudne bo morsuję w nurkowych botkach, które chronią moje stopy do kostek przed skaleczeniami i trochę łagodzą zimno. To prawdziwe zimno zaczynam odczówać wyraźnie dopiero na udach i pośladkach. Wbrew intuicji, zanurzenie brzucha, klatki i pleców jest stosunkowo proste, łatwiejsze niż gdy wchodzę do jeziora w lecie; wtedy moja skóra jest nagrzana słońcem i woda w Fiszewie zdaje się być lo-do-wa-ta! Brrr!
Najtrudniej jednak jest mi zanurzyć łokcie i dłonie. Tu niewiele pomagają nawet rękawiczki neoprenowe. Jest mi poprostu boleśnie zimno w ręce, ale i to uczucie po chwili słabnie i daje się zaakceptować. Może kiedyś nauczę się morsować bez rękawiczek ale to napewno jeszcze nie pojutrze. Gdyby nie chęć pływania w zimowym jeziorze, najprawdopodobniej jeszcze do tej pory nie zanurzałabym rąk, ale w grudniu zaczęłam czytać “Chill” książkę Marka Harpera o zdrowotnych benefitach zimowego pływania i bardzo zapragnęłam zobaczyć jak to jest nie tylko stać w wodzie po szyję ale i w niej popływać. O tym jakie to fantastyczne, szczególnie w zimowym Bałtyku, opowiadał mi też nie raz Robert Ryllman, genialny masarzysta. On czuje, że każde morsowanie daje mu “wielkiego zdrowotnego kopa!”
Zatem zamówiłam rękawice i kiedy tylko mróz odpuścił i lód na Fiszewie ustąpił rozpoczęłam kilkudniową przygodę z pływaniem w wodzie o temperaturze trzech stopni Celsjusza. Szybko zauważyłam to co pisze Harper, że woda w tej konkretnej temperaturze, czyli blisko punktu zamarzania, ma większą gęstość co przenosi się na wyczuwalnie poprawioną wyporność. Czy pływaliście kiedyś w oceanie? Bardziej niż Bałtyk, który jest jak na morze prawie nie słony, wypiera nas ta oceaniczna woda i ciało unosi się prawie samo. Pływanie w bardzo zimnym jeziorze jest podobnie bezwysiłkowe. Być może gdy pokonam już do końca opór związany z zanurzaniem głowy będę mogła podobnie jak w lecie położyć się na plecach i prawie przydrzemać. Albo i nie 😀


Co myślicie czytając te moje słowa o wchodzeniu do skutego lodem jeziora? Czy czujecie zimny dreszcz na plecach? Czy jawi się to Wam Mili jako dziwaczne szaleństwo? Czy trochę zazdrościcie nam morsom odwagi? Czy pojawia się może chęć żeby też tego doświadczyć, by przełamać jakąś nową nieznaną jeszcze granicę?
Kiedy rozmawiam z innymi morsami o naszych doświadczeniach pojawia się kilka wspólnych wątków. Jeden z nich to spokój i odprężenie. Inny to mentalne wyciszenie i wielka klarowność. Zadałam dziś bliskim mi morsom takie pytanie: “Jednym prostym zdaniem odpowiedz dlaczego morsujesz?”
Kami odpowiedziała mi tak: “Żeby zdjąć napięcie z mieśni, wyciszyć za silne emocje (daje mi to spokojniejszą relację ze światem i sobą) i być z siebie dumną po każdorazowym oswajaniu strachu i paniki”
Bardzo trafiło do mnie to konkretne słowo – “oswajanie” – bo my wchodząc do tej zimnej wody oswajamy i siebie z nią i ją ze sobą też.
Nie umiem tego Wam wyjaśnić pełniej niż tymi słowami: gdy siedzę w jeziorze otoczona grubym lodem, to moje ja wychodzi ze mnie. Poszerzam się i roztaczam na tą przestrzeń wokół mnie. To uczucie jedności z otoczeniem jest dla mnie możliwe tylko poprzez osiągnięcie pełnej jedności ze swoim ciałem. Intensywne zimno wody mi w tym pomaga.
Czas staje w miejscu albo się rozpływa. Na szczęście na brzegu stoi Piotr i pilnuje zegarka – dba bym nie przesadziła. Wychodzę kierując się jego głosem rozsądku, czasem po ośmiu czasem po jedenastu minutach.

Wychodzę z Fiszewa, wspinam się na kamienie, kapię po śniegu. Dziś już nawet nie brałam ręcznika, do domu pod górkę tylko 150 metrów. Ciało mam jak raczek różowo-czerwone, ruchy trochę wolniejsze niż zwykle, bo nie chcę za szybko wymieszać zimnej krwi z kończyn z tą ciepłą przy sercu. Kiedy raz mi się przytrafiło niechcący tak zrobić trzęsłam się potwornie przez godzinę. To była dobra lekcja i teraz już unikam gwałtownych rucĥów kończynami i zbyt szybkiego ogrzania ciała. Drebcę sobie zatem nieśpiesznie ku domowi i łazience gdzie Piotr pomaga mi zciągnąc botki. Wylewam z nich wodę. Podobnie z rękawiczkami. Niemrawo wyłuskuję się z kostiumu i osuszam ręcznikiem. Mija 10 minut i już ubrana wiem, że wszystko ok, dreszczy tym razem nie będzie. Przez kolejne 20 – 30 minut czuję jak zimno powoli opuszcza moje ciało, głównie przez plecy, to ciekawe odczucie. Potem pojawia się głód i jest zaskakująco intensywny. Robię owsiankę i dosłownie pochłaniam ją z miski. Smakuje jak ambrozja, bo moje ciało pełne jest pozanurzeniowych endorfin. Kolejna godzia, czasem dwie to czas zwiększonej kreatywności i klarowności myśli. Idealnie można go wykorzystać jeśli jest coś do napisania, wymyślenia, jakiś problem do rozkminienia. Ciało zawinięte w wełniany koc odpoczywa a umysł pracuje jak lokomotywa. Potem spokój i już normalna egzystencja. Ale jeszcze przez kilka godzin nie wystawiam się na chłód bo nawet lekkie dotknięcie zimna, np paczki z mrożonym groszkiem, wzbudza we mnie wyraźny dreszcz – to ciało daje znać że teraz potrzebuje ciepła. Ze spacerem po lesie poczekam dziś do popołudnia.
Kiedy zaczynałam przygodę z morsowaniem naszej pionierskiej zimy na Kaszubach, w grudniu 2022 robiłam te pierwsze kroki w towarzystwie trzech bliskich mi kobiet: Kaśki zwanej czule Rudzikiem, mojej leśnej Kami i śpiewającej pięknie w jeziorze Natalii. Miałam szczęście tak siostrzanie, ciepło i kobieco być wprowadzana w objęcia chłodu jeziora. Bez nadmiaru teorii, technik jakichś zbędnych, intuicyjna była to inicjacja i skupiona na słuchaniu ciała. Może właśnie dzięki temu udało się mi uniknąć różnych dziwnych błędów – rozpowszechnianych przez bezmiar głupoty internetu.

Żeby morsowanie nie bolało trzeba ciału dać szansę by skumało co go czeka: nie rozgrzewać się, nie robić przysiadów, pompek, pajacyków. Iść ku wodzie już w akceptacji chłodu. Postać i popatrzeć na i w to zimno. Wtedy nasze mądre ciało samo zacznie się przygotowywać powoli i stopniowo obkurczając naczynia w kończynach i gromadząc ciepło w kluczowych organach. By morsować bez bólu trzeba też mieć czapkę na głowie i choć trochę tłuszczu na ciele. Może Wy Mili znacie chudzinki morsujące, ja znam tylko jedną ale ona duszę ma tak ognistą, że jest jawnym wyjątkiem potwierdzającym regółę (Tak Natalia, o Tobie tu mowa…) Nie wiem też jak to jest nie mieć tkanki tłuszczowej pod skórą ale gdy patrzę na świat zwierząt to te z nich co w wodzie bytują zimnej wszystkie bardziej z sylwetki mnie przypominają niż Kate Moss, zatem moja osobista teoria jest taka: tłuszczyk sprzymierzeńcem w zimowym pływaniu.
Co jeszcze zaobserwowałam przez te dwa sezony zimowych zanurzeń? Lepiej powoli i na spokojnie: niespiesznie się schładzam i nieśpiesznie ogrzewam. Nie wskakuję pod ciepły prysznic, nie piję gorących napojów po wyjściu z zimnej kąpieli.
Daję sobie czas i słucham ciała. Ono wie lepiej niż głowa co mu w danej chwili trzeba.
Magdalena, której czułe ręce dały mi wsparcie podczas pierwszego i jak do tej pory jedynego zanurzenia z głową, pisze o swoim porannym morsowaniu tak:
“Lepsza pobódka niż kawa! Łaczy mnie energetycznie z żywiołami zewnątrz i wewnątrz. Wychodzę z strefy komfortu i jestem bardziej odporna na zmiany (psychicznie i fizycznie).”
Dodam jeszcze, że Magdalena zanurza się w wartkiej wodzie rzeki przepływającej pod Żurawim Młynem. To niesamowite uczucie kiedy zimna woda opływa z siłą wodospadu nasze ciało. Prawdziwa rewelacja!

Książka Marka Harpera o naukowych podstawach i praktycznych aspektach zimowego pływania jest teraz u Kami, więc nie przytoczę Wam dokładnych danych o skuteczności wystawiania ciała na zimne rozkosze w walce z różnymi bolączkami zdrowotnymi, ale przeczytajcie ją sami lub jeszcze lepiej poczujcie je na własnej skórze zanurzając śmiało ciało.
Rudzik właśnie odpowiedziała na moje pytanie tak:
“Przezwyciężam siebie. Pokazuję sobie, że mogę i lęk przed zimnem jest tylko w mojej głowie. A potem czuję się zadowolona, z dodatkowym niesamowitym zastrzykiem energii”. Piękne słowa od mojej pięknej przyjaciółki. Widzicie, morsować mogą z satysfakcją również osoby z natury lubiące ciepło jak Kaśka. To że ja pokochałam morsowanie jak wydra wodę nie musi wiązać się z mym zimnym lubelskim chowem. Co więcej – wszyscy, którzy znają mnie osobiście potwierdzą Wam: nie ma we mnie nic wyjątkowego – jestem niezbyt odważna, daleka od wysportowania, średnio trzymam się swych postanowień. Żadna ze mnie heroska. Zatem jeśli ja dałam radę zacząć morsować i jeszcze odnalazłam w tym radość i frajdę, to dasz radę i Ty.
Do zobaczenia w lesie i/lub w przeręblu Mili!

P.s.: Przed chwilą dostałam jeszcze jedną bardzo poruszającą odpowiedż na pytanie o esencję tego, czym jest dla nas morsowanie. Misia, dzìeki której przeczytałam jedną z najciekawszych książek o relacji człowieka z wodą napisała tak:
“Wchodzę do wody, żeby się uziemić, móc oddychać do brzucha i otworzyć klatkę piersiową. To moje rozprężenie, przystanek i uspokajacz. Najlepiej mi jak zanurzam się z głową, nie widzę i nie słyszę nikogo, trochę jak w wodach płodowych, w których chyba było mi dobrze.”
Nic dodać nic ująć. I choć z głową zanurzyłam się dopiero raz, podpisuję się pod słowami Misi obiema rękami.

❄️❄️❄️

A te piękne i mądre książki o naszej relacji z wodą i z zimnem, które Wam polecam, bo ostatnio czytałam, to:


Bonnie Tsui “Dlaczego pływamy”


Mark Harper “Chill. The Cold Water Swim Cure – A Transformative Guide to Renew Your Body and Mind”


Bernard Heinrich “Zimowy świat. Jak zwierzęta radzą sobie z zimnem” – ta bardziej z perspektywy zwierząt 😉

“Wredna wydra wystawiła z wody web”

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *