Shinrin-yoku w zimowym lesie

Na styczniowym spotkaniu PTKL-u rozmawialiśmy przedwczoraj przez Zoom o zimowych zaproszeniach. Ci z Was Mil, którzy uczestniczyli już w kąpieli leśnej domyślają się zapewne, że nie rozważaliśmy kogo i na co zaprosić tej zimy – choć ja właśnie mimochodem pomyślałam o kilku miłych osobach, którym dałabym się zaprosić na kawkę i szarlotkę lub ugościłabym ich u siebie – ale raczej o różnorodnych pomysłach na aktywności dla uczestników naszych spacerów Shinrin-yoku.

Zaproszenie to taka niezobowiązująca, a jedynie sugestywna propozycja wejścia w relację z otaczającym nas lasem. Jako przewodnicy możemy skupić się na jednym kluczowym zmyśle lub zaangażować ich do danej aktywności kilka. Powiemy Wam na przykład: “Jeśli masz ochotę, weź do ręki garstkę śniegu i zapoznaj się z nim. Jaki jest w dotyku, oprócz tego, że zimny? Jak twoja dłoń odczuwa jego temperaturę? Co dzieje się z tym śniegiem pod wpływem kontaktu z Tobą?”
Choć ja lubię i cenię sobie obcowanie z zimnem, zdaję też sobie sprawę, że dla wielu osób zima nie jest oczywistym czasem na rozpoczęcie lub nawet kontynuowanie przygody z Shinrin-yoku.
Zimowy las i zanurzenie się w nim wszystkimi zmysłami to trochę większe wyzwanie choćby na poziomie logistycznym, termicznym czy nawet konceptualnym. Trzeba wszak dokądś dojechać po śliskich i ośnieżonych drogach, wrócić do domu puki jeszcze widno, ubrać się przemyślnie i wielowarstwowo na turbo cebulkę, nie zapomnieć o podwójnych skarpetach, zapasowych rękawiczkach, o czapce, która dobrze ogrzeje nam uszy.
Trzeba – co nie mniejszym bywa wyzwaniem – nie dać się zniechęcić do samego wyjścia z domu: szaremu niebu, termometrowi, pogodynce i kuszącej miękkości sofy. Trzeba wreszcie odeprzeć zew Netflixa, HBO, Canal + i co tam jeszcze obiecuje Wam błogość.
Prawdziwą i długo utrzymującą się błogość oraz dobrostan znajdziecie idąc z grupą podobnych do mnie dziwaków do lasu: takiego w śniegu albo we mgle, i nawet takiego w zimnej marznącej styczniowej mżawce. Każdy potrafi wyobrazić sobie kojący dotyk lasu w czerwcowe przedpołudnie, letni poranek czy nawet wrześniowy karmelowy przedwieczór.


Las żyje i daje z siebie również w te miesiące zimne i iluzorycznie mroczne. Pachnie inaczej ale równie zaskakująco, dotyka nas z czułością szronem, śpiewa nam w uszy wielorybią pieśnią lodu pękającego na jeziorach, i wreszcie, napoi ożeźwieniem, gdy spragniony język zetknie się z soplami lodu na gałęziach brzóz.
Pod warstwą śniegu, w tajemnej strefie zwanej subnivium, tętni leśne życie. Wystarczy położyć się na tej karimacie,którą przyniesiecie w plecaku, przyłożyć ucho i właczyć nasłuch. Potem odwrócimy się na plecy i zapatrzymy w tańczącyce nad głową korony drzew – obnażone z sukienki listowia obdarują nas rysunkiem pełnym fantastycznych fraktalnych form miliona delikatnych gałązek. Nasz spragniony pierwotnego porządku mózg zrekalibruje się i odetchnie z ulgą niemniejszą niż uraczone balsamicznym leśnym powietrzem płuca.


Choć nie raz damy to sobie wmówić, jako homo sapiens nie jesteśmy gatunkiem zapadającym w sen zimowy; możemy o tym fantazjować ale niedźwiedziami nie będziemy. Nasze ciała i umysły – ba! nawet nasze dusze – pragną ruchu, wyzwań i bodźców przez cały rok. Przebywając w nieraz szarym świecie zimowego miasta, przemykając się jedynie między domem, pracą, sklepem i siłownią łatwo o tym zapomnieć. A przecież las, pełen kolorów, struktur, rytmów, form, zapachów, dźwięków i smaków czeka na nas z otwartymi ramionami gałęzi przez cały rok. Nie dajmy mu czekać nadaremnie – przyjmijmy to zimowe leśne zaproszenie i chodźmy odwiedzić przyjaciela.

Jak smakuje woda zamknięta w brzozowym sopelku dowie się ten, kto śmiało wysunie w lesie język 😉